W kilka lat medyczne konopie stały się w Polsce masową i przewlekłą terapią, opartą na imporcie i pełnej odpłatności. Skala jest policzalna, jednak kluczowe dane o pacjentach, cenach i wskazaniach wciąż pozostają poza zasięgiem opinii publicznej.
Skok skali w liczbach, nie w deklaracjach
Polski rynek medycznych konopi wyrósł z niszy do zjawiska o tonowym ciężarze. Od legalizacji w 2017 roku i realnej dostępności surowca farmaceutycznego od stycznia 2019 r. dynamika przypomina wykres, który rzadko ogląda się w segmencie leków recepturowych: z kilkunastu kilogramów na starcie do wielotonowych wolumenów w połowie dekady.
Najbardziej czytelny wskaźnik to import raportowany przez Główny Inspektorat Farmaceutyczny: około 14 kg w 2017 r., ponad 250 kg w 2020 r., blisko 1 tona w 2021 r., 1,65 t w 2022 r., 4,5 t w 2023 r. i 7,8 t w 2024 r. Sam 2024 r. oznaczał wzrost o 73% rok do roku, a limit importowy na 2025 r. ustalono na 20 000 kg, czyli niemal dwukrotnie więcej niż wcześniej.
Rynek zbudowany na imporcie
W tej historii jest stała, która nie zmieniła się mimo rosnących wolumenów: surowiec pochodzi w całości z zagranicy. W Polsce może odbywać się przetwarzanie po sprowadzeniu materiału, ale nie ma krajowej uprawy, która stabilizowałaby podaż lub uniezależniała ceny od sytuacji u dostawców.
Co prawda w ostatnich latach o zezwolenia na wytwarzanie wystąpiły dwa polskie podmioty i oba je uzyskały, jednak nie zmienia to podstawowego faktu: fundamentem rynku pozostaje import. W efekcie krajowy system jest wrażliwy na wahania dostępności, kursy walut, logistykę oraz decyzje regulacyjne w państwach, które są źródłem surowca.
Recepty pokazują terapię przewlekłą
Drugą stronę medalu widać w danych Centrum e-Zdrowia. Liczba zrealizowanych recept urosła od 2 909 w 2019 r. do 276 807 w 2023 r., kiedy apteki wydały około 4,66 t surowca. W 2025 r. mowa już o około 537 tys. recept i ponad 5 000 kg wydanych w aptekach.
Ważniejsze od samej skali jest to, co wynika z relacji między receptami a liczbą osób. Szacunek na 2025 r. mówi o około 105 tys. indywidualnych pacjentów, co przekłada się na średnio pięć wykupionych recept rocznie na osobę. To nie wygląda jak epizodyczne „spróbowanie”, tylko jak obraz leczenia długotrwałego, wymagającego ciągłości dostaw i przewidywalności kosztów.
Regulacje testują popyt, ale go nie gaszą
Rynek przeszedł też sprawdzian odporności na zmianę procedur. Od 7 listopada 2024 r. pierwsza recepta na surowiec konopny wymaga osobistego badania, co zamknęło teleporadę jako najprostszy kanał wejścia do terapii.
Efekt był natychmiastowy: w listopadzie 2024 r. liczba recept spadła do 31 tys., czyli o 57% miesiąc do miesiąca. Jednak w kolejnych miesiącach popyt wrócił do poziomów sprzed zmiany. To sygnał, że część pacjentów nie zniknęła, tylko musiała przejść inną ścieżkę dostępu — bardziej czasochłonną i potencjalnie droższą.
Pełna odpłatność i realna bariera dostępu
Medyczne konopie funkcjonują w Polsce jako lek recepturowy w 100% opłacany przez pacjenta. Nie ma dopłat Narodowego Funduszu Zdrowia ani do suszu, ani do ekstraktów — również w ciężkich wskazaniach, takich jak padaczka lekooporna czy choroby nowotworowe. W praktyce oznacza to, że decyzja terapeutyczna zderza się z domowym budżetem szybciej niż w wielu innych obszarach leczenia.
Dostępne zestawienia cen aptecznych zwykle mieszczą się w widełkach kilkudziesięciu złotych za gram, a miesięczny koszt terapii bywa szacowany od kilkuset do ponad dwóch tysięcy złotych. Przy takich kwotach „dostępność” staje się pojęciem klasowym: formalne wskazania medyczne nie gwarantują realnej możliwości kontynuowania leczenia.
Białe plamy w danych publicznych
Najbardziej problematyczne jest to, że przy rosnącej skali rynek pozostaje słabo opisany przez instytucje publiczne. Brakuje bieżących, regularnie publikowanych zestawień — w tym danych za pierwsze półrocze 2026 r. — a część liczb pojawia się dopiero w odpowiedziach na wnioski o informację publiczną.
Nie istnieje rejestr pacjentów, więc liczby osób korzystających z terapii wyprowadza się pośrednio z recept. Nie ma też publicznie agregowanych danych o wskazaniach, bo recepta nie niesie rozpoznania w formie, którą dałoby się wiarygodnie zsumować. Do tego dochodzi brak ogólnokrajowych danych o cenach: apteki ustalają je samodzielnie, a żaden organ nie zbiera systematycznie informacji, które pozwoliłyby ocenić, jak duże są różnice regionalne.
Konsekwencje: ceny, ryzyko i polityka zdrowotna
Zależność od importu sprawia, że polski pacjent jest pośrednio zakładnikiem europejskiej koniunktury. Gdy największe rynki zmieniają zasady gry, skutki mogą rozlewać się na całą sieć dostaw. Przykładem są Niemcy — największy odbiorca w Europie — które od 30 lipca 2026 r. wyłączyły susz konopny z refundacji. Taka decyzja może wpływać na popyt, strategie producentów i w konsekwencji na ceny, po jakich kupują mniejsze rynki, w tym Polska.
Wnioski są niewygodne, ale klarowne: popyt potrafi przetrwać zaostrzenia proceduralne, rynek jest strukturalnie uzależniony od zagranicy, a brak refundacji przenosi ciężar terapii na zamożność pacjentów. Bez lepszych danych publicznych — o wskazaniach, cenach i realnej liczbie leczonych — dyskusja o skuteczności regulacji i sprawiedliwości dostępu pozostanie oparta bardziej na intuicjach niż na dowodach.
Oryginalny tekst: Rynek medycznej marihuany w Polsce. Co mówią liczby, a czego nie policzono
