Francuska debata o legalizacji konopi wraca z nową siłą, ale w propozycjach LFI widać istotną lukę: co zrobić z produktami o wysokiej zawartości THC. To detal, który może przesądzić o skuteczności całego modelu.
Trzy dokumenty, jedna obietnica i rosnące rozbieżności
La France insoumise od lat deklaruje odejście od polityki „wszystko albo nic” wobec konopi i zastąpienie represji regulacją. Problem w tym, że gdy zestawi się ze sobą trzy kluczowe punkty odniesienia – projekt ustawy z 2021 r., zapisy programu na 2025 r. oraz późniejszy raport parlamentarny – widać, że pod wspólnym hasłem legalizacji kryją się różne, czasem niespójne rozwiązania.
Najbardziej uderza nie tyle to, czego w programie brakuje, ile to, co w starszych dokumentach jest zaszyte w mechanice regulacji. W centrum sporu znajduje się THC: czy państwo ma „odciąć” część rynku limitem mocy, czy raczej sterować popytem narzędziami fiskalnymi i standardami jakości.
Model z 2021 r.: państwo licencjonuje, rynek działa
Projekt ustawy złożony pod koniec 2021 r. przez Érica Coquerela i grupę posłów LFI szkicował dość konkretną architekturę: państwo nie przejmuje uprawy ani sprzedaży detalicznej, ale tworzy urząd regulacyjny (AEPEC), który rozdaje licencje, kontroluje normy i pilnuje ram gry. To konstrukcja bliższa systemowi koncesji niż pełnej nacjonalizacji – rolnicy i sprzedawcy pozostają prywatni, lecz działają jako podmioty dopuszczone przez państwo.
W pakiecie znalazły się też klasyczne elementy polityki redukcji szkód i porządkowania rynku: zakaz sprzedaży nieletnim, zakaz reklamy, finansowanie profilaktyki z podatku od legalnego obrotu, dopuszczenie ograniczonej uprawy domowej oraz amnestia dla skazanych za samo używanie. Co istotne, projekt zostawiał furtkę dla form niekomercyjnych – spółdzielni czy klubów użytkowników na wzór niemieckich „Cannabis Social Club” – które mogłyby funkcjonować obok kanału handlowego.
Program 2025: deklaracje bez parametrów
W edycji programu „L’Avenir en commun” na 2025 r. utrzymano ogólną filozofię: legalizacja i „monopol” państwa rozumiany jako silny nadzór, przesunięcie ciężaru z resortu spraw wewnętrznych na zdrowie publiczne oraz przeznaczenie wpływów na profilaktykę i leczenie uzależnień. Dodano również wątek wzmocnienia działań przeciwko sieciom przestępczym – czyli próbę pogodzenia liberalizacji dla użytkowników z twardą polityką wobec zorganizowanego handlu.
Jednocześnie program stał się zaskakująco oszczędny w konkretach. Nie ma w nim ani progów posiadania, ani docelowych cen, ani opisu instytucji regulacyjnej, ani – co kluczowe – żadnej strategii dotyczącej THC. W praktyce wygląda to bardziej jak manifest wartości niż instrukcja wdrożenia, co utrudnia ocenę, czy projekt ma realnie podkopać czarny rynek.
Raport Léaument–Mendes: liczby, progi i cel cenowy
Tym bardziej kontrastuje raport z lutego 2025 r., przygotowany po 17 miesiącach prac przez Antoine’a Léaumenta (LFI) i Ludovica Mendesa (związanego z obozem prezydenckim). Autorzy, analizując skuteczność walki z handlem narkotykami, dochodzą do wniosku, że model czysto represyjny nie działa, i proponują legalizację używania oraz posiadania konopi na własny użytek, pod nadzorem nowej instytucji licencyjno-kontrolnej (ARCAN).
Raport wnosi to, czego brakuje w programie: konkretne progi i parametry. Pojawia się limit legalnego posiadania (Léaument wskazuje 25 g, Mendes 10 g), limit uprawy domowej (cztery rośliny rocznie) oraz jawnie sformułowany cel cenowy – poniżej 5 euro za gram – zaprojektowany jako narzędzie konkurencji z nielegalną podażą. Co więcej, raport rozszerza logikę depenalizacji na inne substancje, proponując zniesienie kar za posiadanie niewielkich ilości m.in. kokainy czy heroiny (do 3 g), co pokazuje, że autorzy myślą o polityce narkotykowej systemowo, a nie wyłącznie przez pryzmat konopi.
THC jako „ślepy punkt”: legalizacja z wyciętym fragmentem rynku
Najpoważniejsza kontrowersja dotyczy jednak nie progów posiadania czy modelu instytucjonalnego, lecz tego, jak regulować moc produktów. W projekcie z 2021 r. zapisano, że dopuszczalna zawartość THC ma być określana rozporządzeniem, z jednym zastrzeżeniem: nie może być ustawiona zbyt nisko, aby legalna oferta nie przegrała atrakcyjnością z czarnym rynkiem. To brzmi pragmatycznie, ale w praktyce oznacza wprowadzenie sufitu, powyżej którego część produktów pozostaje poza legalnym obiegiem.
Taki mechanizm jest politycznie wygodny – pozwala mówić o „kontroli” i „bezpieczeństwie” – lecz niesie ryzyko, że legalizacja stanie się tylko przesunięciem granicy zakazu. Jeśli najbardziej skoncentrowane produkty (np. mocne żywice czy ekstrakty) nadal będą nielegalne, to właśnie tam może utrzymać się najbardziej dochodowy segment nieformalnego rynku, a wraz z nim brak kontroli sanitarnej i jakościowej.
Podatek zamiast zakazu: narzędzia, które zmieniają zachowania
W dyskusji coraz częściej pojawia się argument, że państwo ma do dyspozycji instrumenty subtelniejsze niż administracyjny limit THC. Badania i doświadczenia z polityk zdrowia publicznego – przywoływane m.in. w kontekście rozwiązań kanadyjskich – sugerują, że opodatkowanie powiązane z zawartością THC może ograniczać popyt na najmocniejsze produkty bez spychania ich automatycznie do podziemia. Im wyższa zawartość THC, tym wyższy podatek w przeliczeniu na „jednostkę mocy” – to prosty sygnał cenowy, który działa nawykowo, a nie zakazowo.
Co ważne, odwrotny efekt może dać podatek liczony od wagi lub wartości produktu. Wtedy bardziej skoncentrowane formy stają się relatywnie tańsze „za dawkę THC”, co paradoksalnie zachęca do wyboru mocniejszych wariantów. Jeśli celem jest redukcja szkód, konstrukcja fiskalna nie jest detalem technicznym, tylko jednym z głównych regulatorów rynku.
Konsekwencje polityczne i praktyczne: test wiarygodności regulacji
W obecnym kształcie propozycje kojarzone z LFI rozpinają się między dwoma intuicjami: z jednej strony – legalizacja jako narzędzie osłabienia handlu nielegalnego i przeniesienia problemu do obszaru zdrowia publicznego; z drugiej – odruch utrzymania zakazu dla „zbyt mocnych” produktów. Ta sprzeczność może podważyć skuteczność całego projektu, bo rynek nielegalny nie znika od deklaracji, tylko od tego, czy legalna oferta jest konkurencyjna cenowo, dostępna i obejmuje realne preferencje konsumentów.
Jeżeli regulacja ma być alternatywą dla prohibicji, musi odpowiedzieć na pytanie o THC w sposób spójny: albo państwo akceptuje pełne spektrum produktów i zarządza ryzykiem poprzez normy, kontrolę i podatki, albo tworzy legalny rynek „okrojony”, który z definicji zostawia przestrzeń dla nielegalnej podaży. W miarę zbliżania się kampanii prezydenckiej to właśnie ten techniczny – pozornie – parametr może stać się papierkiem lakmusowym dojrzałości całej propozycji.
Oryginalny tekst: Légalisation du cannabis : le projet de LFI a un problème de taille, le THC
